Za niestandardową chemioterapię zapłaci z własnej kieszeni
Była ordynator chemioterapii w poliklinice MSWiA używała droższych leków, by leczyć pacjentów. Nie wypełniła jednak niezbędnych wniosków do NFZ o refundację niestandardowej chemioterapii. Teraz z własnej kieszeni ma oddać część z pieniędzy, które szpital wydał na te leki.
Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld pracowała w warszawskim centrum onkologii. W 2002 roku przyjechała do Olsztyna i w poliklinice objęła stanowisko ordynatora. Została też wojewódzkim konsultantem ds. onkologii. Pacjenci ją cenili. Ostatnie miesiące pracy w Olsztynie upłynęły jednak w fatalnej atmosferze. Dyrekcji polikliniki najpierw naraziła się tym, że zaproponowała, by jej oddział przeszedł na własny rozrachunek. To pozwoliłoby uniezależnić się od szpitala. Przekonywała, że dzięki temu będzie więcej pieniędzy na leczenie pacjentów.
Wtedy wybuchła sprawa pieniędzy na leczenie chorych. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld często w terapii swoich pacjentów korzystała z tzw. niestandardowej chemioterapii. Wykorzystywała do tego specyfiki droższe, nowsze, rzadziej stosowane, których Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje. Lekarz, który chce z nich skorzystać, może wystąpić z wnioskiem do NFZ o zapłatę. Zdarza się jednak, że lekarz nie ma czasu, by złożyć wniosek o refundację przed rozpoczęciem kuracji. Dlatego przepisy dają możliwość, by zrobić to w ciągu dwóch tygodni po podaniu leków. Ale i po złożeniu wniosku nie ma gwarancji, że fundusz zwróci za hospitalizację. Jeśli nie odda, koszt leczenia musi pokryć sam szpital.
Wiosną 2009 roku poliklinika wytoczyła ordynator sprawę. Domagała się, by lekarka zapłaciła 90 tys. zł za niestandardowe lekarstwa dla 10 pacjentów, którymi opiekowała się w początkach 2008 roku. Poszło o to, że Jagiełło-Gruszfeld nie wysłała do NFZ wniosków o refundację leczenia. W ocenie dyrekcji polikliniki umyślnie spowodowała tym szkodę, choć jako ordynator powinna troszczyć się o mienie zakładu pracy. Sąd pierwszej instancji orzekł w październiku, że lekarka ma zapłacić z własnej kieszeni za leczenie tych pacjentów, ale zamiast żądanych 90 tys. zł zasądził równowartość miesięcznego wynagrodzenia ordynator, czyli nieco ponad 9 tys. zł. W środę Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał to orzeczenie.
Janusz Chełchowski, dyrektor polikliniki nie ukrywa satysfakcji. - Spodziewałem się, że nie wygram całej sumy, ale walczyłem o zasadę, że lekarz ma traktować oddział tak, jak swój własny biznes i równie mocno o niego dbać - mówi. - Taki precedensowy w skali kraju wyrok to przykład dla wszystkich pracujących w służbie zdrowia. To nie atak na lekarzy. Ja po prostu muszę dbać o swoją placówkę.
Jagiełło-Gruszfeld przypomina, że od czerwca 2002 r., gdy dostała pracę w olsztyńskiej poliklinice, do końca 2007 r. nie miała kłopotów z dokumentacją dotyczącą niestandardowego leczenia pacjentów onkologicznych. A jak mówi, rocznie pisała po 800 takich wniosków. - Kłopoty się zaczęły na początku 2008 r., gdy zbliżał się konkurs na ordynatora chemioterapii. Wtedy okazało się, że nie potrafię sobie radzić z papierami. A przecież nad przesyłaniem dokumentów do NFZ czuwa pięć osób w szpitalnej komórce administracyjnej - tłumaczy lekarka. I opowiada, że wcześniej pracownicy z administracji mówili jej o brakach w dokumentacji, przypominali także o potrzebie przygotowania wniosków. Nie zrobili tego, gdy zaczął narastać jej konflikt z dyrektorem. - Dziwne, że dyrekcja nie wystąpiła do sądu przeciwko pracownikom administracji i wicedyrektorowi ds. medycznych, który opiniuje wszystkie wnioski - mówi mówi była ordynator. - A ukarano tylko mnie.
Dodaje, że całe to zamieszanie miało ją zdyskredytować w oczach komisji konkursowej, która wiosną 2008 roku miała wybrać ordynatora chemioterapii na kolejną kadencję. Jagiełło-Gruszfeld konkurs ostatecznie przegrała. Zanim do tego doszło, dyrekcja szpitala zarzuciła jej jeszcze arogancję wobec kilku chorych. Gdy pojawił się ten argument, 225 pacjentów poparło ordynatorkę, podpisując się pod prośbą o przedłużenie kadencji. Bronili jej też lekarze i pielęgniarki.
Lekarka, która po wyjeździe z Olsztyna wróciła do pracy w warszawskim centrum onkologii, zapowiada kasację do Sądu Najwyższego. - Będę walczyć do końca - mówi.
W listopadzie sąd umorzył postępowanie wobec krakowskiej lekarki oskarżonej o wyłudzenie pieniędzy z NFZ, bo przepisywała bezpłatne recepty dla bezdomnych. Ilona Rosiek-Konieczny między 1998 a 1999 rokiem, wystawiła ponad dwa tysiące darmowych recept na leki. Uzasadniała, że osoby, którym je wypisywała, są inwalidami wojennymi. ("Gazeta Wyborcza Olsztyn")
Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld pracowała w warszawskim centrum onkologii. W 2002 roku przyjechała do Olsztyna i w poliklinice objęła stanowisko ordynatora. Została też wojewódzkim konsultantem ds. onkologii. Pacjenci ją cenili. Ostatnie miesiące pracy w Olsztynie upłynęły jednak w fatalnej atmosferze. Dyrekcji polikliniki najpierw naraziła się tym, że zaproponowała, by jej oddział przeszedł na własny rozrachunek. To pozwoliłoby uniezależnić się od szpitala. Przekonywała, że dzięki temu będzie więcej pieniędzy na leczenie pacjentów.
Wtedy wybuchła sprawa pieniędzy na leczenie chorych. Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld często w terapii swoich pacjentów korzystała z tzw. niestandardowej chemioterapii. Wykorzystywała do tego specyfiki droższe, nowsze, rzadziej stosowane, których Narodowy Fundusz Zdrowia nie refunduje. Lekarz, który chce z nich skorzystać, może wystąpić z wnioskiem do NFZ o zapłatę. Zdarza się jednak, że lekarz nie ma czasu, by złożyć wniosek o refundację przed rozpoczęciem kuracji. Dlatego przepisy dają możliwość, by zrobić to w ciągu dwóch tygodni po podaniu leków. Ale i po złożeniu wniosku nie ma gwarancji, że fundusz zwróci za hospitalizację. Jeśli nie odda, koszt leczenia musi pokryć sam szpital.
Wiosną 2009 roku poliklinika wytoczyła ordynator sprawę. Domagała się, by lekarka zapłaciła 90 tys. zł za niestandardowe lekarstwa dla 10 pacjentów, którymi opiekowała się w początkach 2008 roku. Poszło o to, że Jagiełło-Gruszfeld nie wysłała do NFZ wniosków o refundację leczenia. W ocenie dyrekcji polikliniki umyślnie spowodowała tym szkodę, choć jako ordynator powinna troszczyć się o mienie zakładu pracy. Sąd pierwszej instancji orzekł w październiku, że lekarka ma zapłacić z własnej kieszeni za leczenie tych pacjentów, ale zamiast żądanych 90 tys. zł zasądził równowartość miesięcznego wynagrodzenia ordynator, czyli nieco ponad 9 tys. zł. W środę Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał to orzeczenie.
Janusz Chełchowski, dyrektor polikliniki nie ukrywa satysfakcji. - Spodziewałem się, że nie wygram całej sumy, ale walczyłem o zasadę, że lekarz ma traktować oddział tak, jak swój własny biznes i równie mocno o niego dbać - mówi. - Taki precedensowy w skali kraju wyrok to przykład dla wszystkich pracujących w służbie zdrowia. To nie atak na lekarzy. Ja po prostu muszę dbać o swoją placówkę.
Jagiełło-Gruszfeld przypomina, że od czerwca 2002 r., gdy dostała pracę w olsztyńskiej poliklinice, do końca 2007 r. nie miała kłopotów z dokumentacją dotyczącą niestandardowego leczenia pacjentów onkologicznych. A jak mówi, rocznie pisała po 800 takich wniosków. - Kłopoty się zaczęły na początku 2008 r., gdy zbliżał się konkurs na ordynatora chemioterapii. Wtedy okazało się, że nie potrafię sobie radzić z papierami. A przecież nad przesyłaniem dokumentów do NFZ czuwa pięć osób w szpitalnej komórce administracyjnej - tłumaczy lekarka. I opowiada, że wcześniej pracownicy z administracji mówili jej o brakach w dokumentacji, przypominali także o potrzebie przygotowania wniosków. Nie zrobili tego, gdy zaczął narastać jej konflikt z dyrektorem. - Dziwne, że dyrekcja nie wystąpiła do sądu przeciwko pracownikom administracji i wicedyrektorowi ds. medycznych, który opiniuje wszystkie wnioski - mówi mówi była ordynator. - A ukarano tylko mnie.
Dodaje, że całe to zamieszanie miało ją zdyskredytować w oczach komisji konkursowej, która wiosną 2008 roku miała wybrać ordynatora chemioterapii na kolejną kadencję. Jagiełło-Gruszfeld konkurs ostatecznie przegrała. Zanim do tego doszło, dyrekcja szpitala zarzuciła jej jeszcze arogancję wobec kilku chorych. Gdy pojawił się ten argument, 225 pacjentów poparło ordynatorkę, podpisując się pod prośbą o przedłużenie kadencji. Bronili jej też lekarze i pielęgniarki.
Lekarka, która po wyjeździe z Olsztyna wróciła do pracy w warszawskim centrum onkologii, zapowiada kasację do Sądu Najwyższego. - Będę walczyć do końca - mówi.
W listopadzie sąd umorzył postępowanie wobec krakowskiej lekarki oskarżonej o wyłudzenie pieniędzy z NFZ, bo przepisywała bezpłatne recepty dla bezdomnych. Ilona Rosiek-Konieczny między 1998 a 1999 rokiem, wystawiła ponad dwa tysiące darmowych recept na leki. Uzasadniała, że osoby, którym je wypisywała, są inwalidami wojennymi. ("Gazeta Wyborcza Olsztyn")
Za niestandardową chemioterapię zapłaci z własnej kieszeni






