Ministerstwo Zdrowia nie ma pieniędzy na kształcenie lekarzy-specjalistów
Dwa lata w kolejce do endokrynologa, pół roku do nefrologa. I lepiej nie będzie. Ministerstwo Zdrowia daje za mało pieniędzy na kształcenie brakujących lekarzy specjalistów.
Na 130 tys. lekarzy 80 tys. to specjaliści. Dostanie się do nich graniczy z cudem. Rekordowe 550 dni na wizytę u endokrynologa czekają pacjenci na Pomorzu. W Częstochowie przyjmują zapisy na przyszły rok. W Warszawie do poradni nefrologicznych są półroczne kolejki. Kierownicy lecznic wszędzie podają ten sam powód: brak specjalistów. Po pierwsze kształci się ich za mało, po drugie - ci, którzy już mają specjalizację, wybierają prywatne praktyki.
Jest już jasne, że nie ma szans, by lekarzy przybyło. Ministerstwo Zdrowia opublikowało listę miejsc specjalizacyjnych dla młodych medyków, o które będą mogli ubiegać się w marcu. Wynika z niej, że w tym rozdaniu (następne jesienią) na Pomorzu, Opolszczyźnie czy Podlasiu nie skończy ani nie rozpocznie specjalizacji ani jeden endokrynolog. Czyli w przychodniach nie przybędzie ani jeden specjalista z tej dziedziny. Równie beznadziejnie jest z nefrologami, diabetologami czy alergologami - w całym kraju szkolenia rozpocznie zaledwie kilku lekarzy.
Medycy biją na alarm. - Co roku specjalizację powinno u nas otwierać kilku nowych lekarzy - mówi prof. Ewa Bar-Andziak, mazowiecki konsultant ds. endokrynologii (resort nie przyznał Mazowszu ani jednej rezydentury w tej dziedzinie). - Oszacowaliśmy, że w najbliższych latach będzie potrzebnych 50 wyspecjalizowanych nefrologów - dodaje prof. Magdalena Durlik, mazowiecki konsultant ds. nefrologii.
Ministerstwo Zdrowia tłumaczy się brakiem pieniędzy. Pięcio-, sześcioletnia rezydentura (specjalizacja finansowana przez resort) kosztuje 3,1-3,9 tys. zł miesięcznie. - Środki pozwalają nam uruchomić w tej chwili 500 rezydentur - mówi rzecznik ministerstwa Piotr Olechno. Przekonuje, że to w dużym stopniu zaspokoi zapotrzebowanie na specjalistów.
Ale rzeczywistą przyczyną jest wadliwy model szkoleń. Po pierwsze: ministerstwo od lat promuje tylko kilka dziedzin, na które przyznaje coraz więcej specjalizacji. To m.in. medycyna rodzinna, pediatria, ginekologia i onkologia. Resort tłumaczy, że w poprzednich latach tych lekarzy brakowało najbardziej. Na aktualne braki reaguje za wolno. Po drugie, ministerialne rezydentury miały uzupełniać specjalizacje finansowane przez szpitale. Ale tym się to nie opłaca, bo lekarz na specjalizacji musi poświęcać czas na naukę kosztem pracy.
Pomóc mogłoby odciążenie specjalistów przez lekarzy rodzinnych. - Po to zostali tak wypromowani na początku reformy zdrowia. Mieli razem ze specjalistami prowadzić pacjentów. Jedna czwarta ich zarobków miała zależeć od tego, ile zrobią badań i ile przewlekłych chorób wykryją. Jednak kolejne ekipy zmieniły to i dziś lekarze POZ dostają pieniądze tylko za to, że pacjent jest do nich zapisany. Całą pracę spychają na specjalistów - oburza się dr Krzysztof Kuszewski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, współtwórca systemu lekarzy rodzinnych stworzonego w latach 90.
Ministerstwo przyznaje Kuszewskiemu rację. W resorcie trwają prace nad przepisami, które zobowiążą lekarzy rodzinnych do wykonywania i finansowania większej liczby badań niż do tej pory.("Metro")
Na 130 tys. lekarzy 80 tys. to specjaliści. Dostanie się do nich graniczy z cudem. Rekordowe 550 dni na wizytę u endokrynologa czekają pacjenci na Pomorzu. W Częstochowie przyjmują zapisy na przyszły rok. W Warszawie do poradni nefrologicznych są półroczne kolejki. Kierownicy lecznic wszędzie podają ten sam powód: brak specjalistów. Po pierwsze kształci się ich za mało, po drugie - ci, którzy już mają specjalizację, wybierają prywatne praktyki.
Jest już jasne, że nie ma szans, by lekarzy przybyło. Ministerstwo Zdrowia opublikowało listę miejsc specjalizacyjnych dla młodych medyków, o które będą mogli ubiegać się w marcu. Wynika z niej, że w tym rozdaniu (następne jesienią) na Pomorzu, Opolszczyźnie czy Podlasiu nie skończy ani nie rozpocznie specjalizacji ani jeden endokrynolog. Czyli w przychodniach nie przybędzie ani jeden specjalista z tej dziedziny. Równie beznadziejnie jest z nefrologami, diabetologami czy alergologami - w całym kraju szkolenia rozpocznie zaledwie kilku lekarzy.
Medycy biją na alarm. - Co roku specjalizację powinno u nas otwierać kilku nowych lekarzy - mówi prof. Ewa Bar-Andziak, mazowiecki konsultant ds. endokrynologii (resort nie przyznał Mazowszu ani jednej rezydentury w tej dziedzinie). - Oszacowaliśmy, że w najbliższych latach będzie potrzebnych 50 wyspecjalizowanych nefrologów - dodaje prof. Magdalena Durlik, mazowiecki konsultant ds. nefrologii.
Ministerstwo Zdrowia tłumaczy się brakiem pieniędzy. Pięcio-, sześcioletnia rezydentura (specjalizacja finansowana przez resort) kosztuje 3,1-3,9 tys. zł miesięcznie. - Środki pozwalają nam uruchomić w tej chwili 500 rezydentur - mówi rzecznik ministerstwa Piotr Olechno. Przekonuje, że to w dużym stopniu zaspokoi zapotrzebowanie na specjalistów.
Ale rzeczywistą przyczyną jest wadliwy model szkoleń. Po pierwsze: ministerstwo od lat promuje tylko kilka dziedzin, na które przyznaje coraz więcej specjalizacji. To m.in. medycyna rodzinna, pediatria, ginekologia i onkologia. Resort tłumaczy, że w poprzednich latach tych lekarzy brakowało najbardziej. Na aktualne braki reaguje za wolno. Po drugie, ministerialne rezydentury miały uzupełniać specjalizacje finansowane przez szpitale. Ale tym się to nie opłaca, bo lekarz na specjalizacji musi poświęcać czas na naukę kosztem pracy.
Pomóc mogłoby odciążenie specjalistów przez lekarzy rodzinnych. - Po to zostali tak wypromowani na początku reformy zdrowia. Mieli razem ze specjalistami prowadzić pacjentów. Jedna czwarta ich zarobków miała zależeć od tego, ile zrobią badań i ile przewlekłych chorób wykryją. Jednak kolejne ekipy zmieniły to i dziś lekarze POZ dostają pieniądze tylko za to, że pacjent jest do nich zapisany. Całą pracę spychają na specjalistów - oburza się dr Krzysztof Kuszewski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, współtwórca systemu lekarzy rodzinnych stworzonego w latach 90.
Ministerstwo przyznaje Kuszewskiemu rację. W resorcie trwają prace nad przepisami, które zobowiążą lekarzy rodzinnych do wykonywania i finansowania większej liczby badań niż do tej pory.("Metro")
Zmieniony (Czwartek, 18 Luty 2010 22:07)
Ministerstwo Zdrowia nie ma pieniędzy na kształcenie lekarzy-specjalistów 






